Sekretariat: sekretariat@tzs.edu.pl, +48 71 725 53 55 godz. 7.30-15.30

DWA BRZEGI

Listopad 21, 2019

Urodziłem się i wychowałem w mieście, które jak żadne inne nie kojarzy się tak z żeglugą śródlądową: nosi nazwę Brzeg (od brzegu Odry) i w herbie ma trzy kotwice. Jest tu stopień wodny (dwie śluzy i jaz stały), młyn i elektrownia wodna (dziś nieczynne), a przed wojną była też stocznia i mały port przy byłej Garbarni Moll’a, którego smętne resztki dotrwały do dziś.

Oczywiście nie muszę dodawać, że leży nad Odrą, która ma brzegi dwa… Ten drugi to Brzeg Dolny, ale nie o nim mówię. Mój Brzeg miał kiedyś krótko używaną nazwę Brzeg nad Odrą, co było całkiem   bez sensu, gdyż ten Dolny też nad Odrą leży …

Stopień wodny Brzeg oraz Stare Miasto z lotu ptaka

Most, Odra, błonia nad rzeką i kanałem żeglugowym były wtedy atrakcyjnym miejscem spacerów i wypoczynku, więc jako brzdąc prowadzany byłem przez ojca w te miejsca.

Pamiętam moment, gdy po raz pierwszy usłyszałem basowy ryk syreny parowego holownika „Zbyszko” (byłem „zdolnym grzdylem” – pomimo swoich 4-5 lat umiałem już czytać duże, drukowane litery).

Ceremonialne składanie komina pod mostem kanałowym przez członka jego załogi było dla mnie czymś zupełnie magicznym, podobnie jak niemal bezszelestnie sunące za holownikiem barki.

Spacery nad Odrę, a właściwie równoległy do niej, długi dolny kanał śluzowy stały się w lecie już niemal obowiązkowe.

Pociąg holowniczy poruszał się dość wolno, więc gdy zobaczyłem na horyzoncie od strony Lipek dym parowca – siadałem na brzegu kanału i cierpliwie czekałem na możliwość ponownego zobaczenia „Juranda”, „Bożymira”, „Mściwoja” czy jeszcze kilku innych – tzw. „małych holendrów”, królujących wówczas na rzece od Wrocławia do Koźla.

Uroczysty, pierwszy rejs z ładunkiem nowo zbudowanej BM-5001

Pojawiały się już wówczas pierwsze BM-ki, czyli barki motorowe, choć takie określenie brzmi trochę jak „furmanka silnikowa” dla określenia auta ciężarowego, bo „barka” to zawsze obiekt pływający bez napędu… W szkole nauczyłem się już lepiej czytać i jak każdy chłopak pochłaniałem powieści podróżnicze i przygodowe… Zaczęło się krystalizować zainteresowanie literaturą marynistyczną, choć niekoniecznie rzeczną.

Niemniej, wszystko co pływało po wodzie (a także jeździło po szynach – gdybym nie został marynarzem, pewnie byłbym kolejarzem) budziło w moim żołądku przyjemne mrowienie. Odziedziczyłem po ojcu talent do rysunków i każdym tematem moich prac był albo parowóz, albo statek.

Decyzja o wybraniu Technikum Żeglugi Śródlądowej we Wrocławiu jako etapu w życiu nie była – jak widać – przypadkowa. Jeśli dodać do tego podszepty mojej starszej Siostry, której dwaj koledzy, Tadek i Rysiek Wionczkowie – też z Brzegu – już do tej Szkoły chodzili i mundurami olśnili damską część naszego miasta – klamka zapadła.

Przyrzeczenie klas pierwszych w TŻŚ. Pierwszy z lewej składa je autor wspomnień.

Z Ryśkiem „minąłem się w drzwiach” – skończył Szkołę w 1966, czyli w roku, w którym ja zacząłem. Tadek (na zdjęciu poniżej stoi drugi od prawej) był wtedy w klasie V – podobnie jak jeszcze inni brzeżanie: Rysiek Przybyła (przykucnął pierwszy z prawej) i Władek Jurkiewicz (stoi pierwszy z prawej).

Jeszcze jeden szczegół nas połączył – bracia Wionczkowie grywali na perkusji w „Czarnych Gitarach” – muzycznym zespole beatowym TŻŚ. Kilka lat później powstał w Szkole kolejny zespół „Jantary”, w którym ja grzmiałem na gitarze basowej jak parowy holownik zobaczony po raz pierwszy niegdyś w Brzegu.

Czas Szkoły jest tak wielkim i barwnym okresem, że nie sposób zamknąć go w słowach tego felietonu… Kto do tej szkoły chodził – wie, co mam na myśli. Tego się po prostu nie da opisać… Cokolwiek nie napisałbym – nie odda to klimatu tamtych lat. Sądzę, że na tej stronie internetowej pojawią się wkrótce pojedyncze opisy tego, co tam się odbywało, bo nasza edukacja była najmniejszym wycinkiem „dziania się tam dziejów”. Stanowiliśmy czysto męską mieszaninę charakterów i osobowości, jakie z całej Polski spędziła do Wrocławia magia tego miasta, marynarskiego munduru i magia tej a nie innej Szkoły.

Moja klasa w czasie praktyki na szkolnym statku „Młoda Gwardia”. W cywilnych ciuchach załoga statku: z lewej kpt. Józef Bąk, obok sternik Marian Rynkiewicz, poniżej nich wśród uczniów bosman Stanisław Partyka. Siódmy od lewej w górnym rzędzie autor wspomnień…

Nasza popularność była solą w oku okolicznej „żulii”, co świetnie opisałby – jeśli go namówię – Waldek Mielczarek, mój równolatek, a w Szkole szef patroli szkolnych, które przeczesywały Wrocław w poszukiwaniu „niekompletnie umundurowanych” uczniów (czytaj: nawalonych jak niebieskie tramwaje po spożyciu wina marki „Wino”).

Zwykle taki patrol zaczepiany był przez wielbicieli lokalnych piękności, które miast gustować w miejscowych osiłkach – przychylnie spoglądały na orłów z Bruecknera. Waldek wychodził z potyczek zawsze zwycięsko. Jak to robił – nie mam pojęcia. Kiedyś, gdy po próbie zespołu muzycznego wracałem nocnym tramwajem na Dworzec Główny (dojeżdżałem z Brzegu, więc kiedyś trzeba było wracać do domu) zostałem wyciągnięty z tramwaju przez jakichś żuli, którzy myśleli, że jestem Waldkiem …. Dobrze, że się pomylili. Sam nie dałbym im rady.

Gdy zdałem maturę – miałem wielką ochotę „pójść za głosem talentu” i zdawałem na Wyższą Szkołę Sztuk Plastycznych (dziś ASP) we Wrocławiu. Tamte, PRL-owskie czasy były takie, że rzeczywiste umiejętności nie miały najmniejszego znaczenia. Tak więc jak wszyscy, zdający tam po raz pierwszy – nie dostałem się. Rekordzistką była pewna fajna laska, która zdawała po raz szósty. Też się nie dostała….  Poszedłem więc pływać na Odrze, do czego talent miałem równie wielki, ale i wykształcenie w tym kierunku lepsze.

Pierwszym moim okrętem był pchacz TUR-O-24 z fantastyczną załogą złożoną z samych Ślązaków – obraźliwie nazywanych „hanysami” i traktowanych niezbyt serdecznie przez pozostałych „łodziarzy”, choć paradoksalnie słowo „łodziarz, łodziorz” wzięte zostało właśnie z języka śląskiego. A przecież byli to najlepsi z najlepszych – pływający na Odrze jeszcze w czasach przedwojennych i znający każdy kamyk na dnie tej rzeki.

Nasza załoga z kapitanem Heinzem Malikiem, sternikiem Josefem Cwienkiem i mechanikiem Reinholdem Fuchsem była jedną z wzorowych – robiliśmy przewozy w tonach i tonokilometrach na najwyższym poziomie, a i zarobki tudzież inne korzyści były przedniej marki. Heinz (przechrzczony przez komunę na Henryka) Malik miał sztywne trzy zasady: – robota musi być zrobiona, musi być „zarobione” (kasa) i „każdy musi być doma” czyli tzw. życie rodzinne było traktowane z typowo śląską atencją. Jako jedynemu kawalerowi w załodze najbardziej – wbrew pozorom – odpowiadał mi punkt trzeci „Malikowych reguł”, bo umożliwiał kontakty z dziewczyną (obojętnie którą).

Jak już wspominałem – byłem „zdolnym grzdylem” i szybko nauczyłem się „łonaczyć” gwarą śląską, czym zyskałem trudną raczej do zyskania sympatię prawdziwych Ślązaków. Ta zdolność została mi do dziś. W „wybitnie uroczystych momentach” (czytaj: na lekkim rauszu) potrafię powiedzieć „Paweł i Gaweł” po śląsku, co skwapliwie potem podchwycił do swoich niecnych celów Rysiek Faron – aktor filmowy i teatralny – prywatnie kolega z tej samej klasy w TŻŚ i oryginał jakich mało.

W następujących po sobie szczeblach zawodowej kariery przewinąłem się przez wiele statków i załóg. Awansowałem i poznawałem wszystkie tajniki łodziarki, by w końcu osiągnąć dwa, wymarzone przez większość cele: zacząłem pływać „za granicę” i zostałem kapitanem. Mój debiut dowódczy odbył się w rejsie ze Szczecina do Rotterdamu na BM-5052, na której przez poprzedni rok byłem bosmanem. Nastąpiło to niemal w dniu moich 23 urodzin. To był ciężki rejs głównie z tego powodu, że musiałem dowodzić załogą, pamiętającą mnie jako bosmana, czyli najniżej położonego w hierarchii. Trudno było o autorytet, a jeszcze gorzej wyglądała jakakolwiek pomoc niedoświadczonemu jeszcze na takich trasach kapitanowi. Jak zresztą mawiał wówczas bosman z mojej załogi – byłem na tej barce jedynie po to, aby barka miała nominalnie kapitana… Miłe, nieprawdaż?

Z kolei w dzień moich imienin tegoż 1975 roku przeżyłem coś, dzięki czemu w wieku 23 lat pojawiły się w mojej bujnej wówczas czuprynie siwe włosy. Płynąłem z Gent w Belgii, a ściślej już z Terneuzen do Dordrecht w Holandii przez ujściowe rozlewiska rzeki Schelde (Skalda). Przy tym stanie zalewu i nieprzychylnych prognozach na dalsze godziny nie powinienem był wyściubiać nosa z Terneuzen. Niestety – nasze okręty wyposażone były wtedy w … radio „Koliber”, jeśli ktoś pamięta taki wynalazek. Nie było radiotelefonów, radarów ani innych urządzeń współcześnie stosowanych powszechnie na statkach rzecznych. Prognoz więc nie znałem a komunikatów nie miałem jak odebrać.

Przede mną wyszedł na trasę pchacz bandery belgijskiej z potężnymi konstrukcjami żelbetowymi na pełnopokładowych barkach. „Starsi w załodze” zaczęli naciskać, aby jednak popłynąć. Koniec końców wypłynąłem – pod … 8 stopni Beauforta z tendencją wzrastającą do 10. To jest akwen porównywalny z Zalewem Szczecińskim – nie ma tam żartów….

Właściwie miałem już zawrócić, gdy na kursie pojawił się wymieniony wyżej pchacz strzelający rakiety wzywające pomocy. Okazało się, że fala spowodowała przesunięcie się tych żelbetowych kopuł na jego barkach. Miał widoczny przechył. Mój ładunek stanowiła blacha w zwojach po ok. 10 ton każdy, ułożonych wzdłuż osi statku. Boczne przechyły mogły spowodować przetoczenie się takiego kręgu pod burtę i… Nie wiem, czy zdążylibyśmy się przeżegnać. Ale z kolei nie reagować na wezwanie pomocy? Nie mieściło się to w mojej hierarchii wartości i kodeksie marynarskim.

Podpłynąłem do zagrożonego zestawu, złapaliśmy go na cumy do burty, a jego skipper – zadowolony, że ma osłonę od fal – zaczął spokojnie ustawiać się bokiem do nich, aby kontynuować rejs. Zaprotestowałem pokazując, co mam w bebechach. Belg złapał się za głowę i za radiotelefon. Wezwał na pomoc holowniki ratownicze z Terneuzen. Pamiętając rozpatrywane wcześniej przez wielu kapitanów sytuacje nie zgodziłem się na jakiekolwiek umocowanie lin na swoim statku. Osłaniałem nadal przechylony zestaw od fali, a jeden z holowników wziął całą naszą gromadkę na hol. Drugi osłaniał z kolei mnie, ale był „stand by”, bo nie pozwoliłem na cumy…. Okazało się – słusznie.

Po bezpiecznym dojściu do Hansveert – ujścia kanału z Westerschelde do Osterschelde – belgijski skipper chciał mi zapłacić za pomoc (odrzuciłem ofertę z oburzeniem ku niezadowoleniu załogi), a ratownicy usiłowali mnie „podejść” i zyskać dane statku i ładunku. Zgodnie bowiem z prawem – ratownicy za uratowanie statku otrzymują zapłatę w wysokości stanowiącej równowartość statku i ładunku. Znając język niemiecki i kalecząc troszkę po angielsku wyjaśniłem ratownikom, że nie ratowali mnie, a ja – tak jak oni – brałem udział w akcji ratowniczej. Jednak po powrocie do kraju czekał na mnie zakładowy komisarz awaryjny z teczką pełną zarzutów o „nieuzasadnione wezwanie pomocy, czym naraziłem na niebotyczne koszty macierzystą firmę Żegluga na Odrze”. Musiałem się gęsto tłumaczyć i satysfakcja z uratowania bratnich dusz tam, w Holandii rozpełzła się w gorzkim, krajowym niesmaku. Ludziom się – cholera – wydaje, że na wodzie jeździ się po szynach.

Gdy w tzw. rejsach zagranicznych osiągnąłem też niezłe „efekty uboczne” (w wieku 24 lat patent reński od Koblenz do ujścia, patent łabski od Aken do Hamburga) – znudziło mi się to to, że o składzie załóg pływających za granicę decydowały tzw. służby i nie można było dobrać sobie samemu ludzi, z jakimi „dałoby się” pływać. Zrezygnowałem więc i przeniosłem się na ulubioną Górną Odrę, gdzie do brzegu (Brzegu) bliżej niż na Scheldzie czy Renie. Czułem się jak u Pana Boga za piecem, a i ludzi mogłem sobie sam dobierać i sam kształcić. Tu nie od rzeczy jest wspomnieć Stasia Umińskiego – mojego sternika na Bizonie-111, z którym – pomimo drastycznych metod „pośrednich” – porozumiewaliśmy się potem bez słów.

Nadszedł wtedy nieoczekiwany zwrot. W przykrych okolicznościach odszedł z tego padołu kpt. Marian Rynkiewicz – wychowanek naszej Szkoły, nauczyciel Wiedzy o Osprzęcie Statku, a potem kapitan statku szkolnego „Młoda Gwardia”.

”Młoda Gwardia” na postoju pod śluzą Brzeg

Wakujące miejsce dowódcy szkolnej jednostki „komendant” – czyli dyrektor Technikum Żeglugi Śródlądowej Tadeusz Cieśla – zaproponował mnie. Właśnie się świeżo ożeniłem i urodziła mi się córka. Propozycja była bardzo atrakcyjna i przyjąłem ją bez wahania.

Po raz pierwszy w historii Szkoły pojawił się na szkolnym statku ktoś, kto zjadł tyle chleba z łodziarskiego pieca. Nie wszystkim się to podobało, bo uświęcone tradycją metody szkolenia praktykantów legły natychmiast w gruzach, zastąpione przeze mnie bardziej aktualnym programem nauczania. Zaskarbiłem sobie tym uznanie w oczach praktykantów – uczniów mojej byłej Szkoły, ale podpadłem na całej linii przełożonym.

Doszło do nieprzyjemnych konfliktów i po prawie czterech latach dowodzenia „Młodą Gwardią” skorzystałem z niemal co rok ponawianej przez nieżyjącego już Leszka Stelmaszyka – szefa Inspektoratu Żeglugi Śródlądowej – propozycji objęcia stanowiska inspektora nadzoru nad żeglugą na placówce terenowej w…. Brzegu. Historia zatoczyła więc koło i dobiłem znów do brzegu w Brzegu.

Po latach – jak przystało na rzecznego wilka – zawinąłem do cichej przystani. Ta przystanią okazała się Marina Brzeg (poniżej w jesiennej szacie), gdzie pełniłem kilka lat funkcję kapitana portu i gospodarza obiektu.

Doczekałem w tym miejscu emerytury, a że żeglugowego emeryta ciągnie do pływania na statkach jak wilka do lasu – uległem zewowi wodniackiej natury. Pożegnałem się z Mariną Brzeg i poszukałem jakiegoś statku do objęcia.

Znalazłem! Od 1 września 2017 roku dowodzę największym rzecznym statkiem pasażerskim w Polsce – „Wratislavią”. Nawet nie przypuszczałem, że zamieszczając na naszych łamach tekst o pojawieniu się nowej „gwiazdy” na wodach Wrocławia będzie mi dane na niej pływać. Janusz Fąfara uwiecznił kiedyś jej dynamiczne „odejście” z przystani przy Hali Targowej oraz mnie na mostku. Zrobiłem z tych dwu ujęć powyższy mix.

Nie spodziewałem się też, że po wielu latach znów zetknę się ze szkołą, którą ukończyłem oraz w której szkoliłem uczniów na szkolnym statku.

W reaktywowanym po wielu latach niebytu Technikum Żeglugi Śródlądowej we Wrocławiu przez jeden semestr uczyłem adeptów tego pięknego i niełatwego zawodu dwóch przedmiotów, związanych z ich przyszłą pracą na statkach. Statkach pływających między… dwoma brzegami.

Tak oto dwa brzegi rzeki stale były i są w moim życiu obecne. Nadal też mieszkam w Brzegu, położonym na brzegu Odry.

kpt. ż. ś. Andrzej ‚Apis’ Podgórski